Menu

Moje media

Blog socjologa Jakuba Sadurskiego. Opinie, porady i to co w świecie mediów mnie interesuje, czyli moje media.

Blog przeniesiony

lukeqbs

Witajcie drodzy czytelnicy!

Jeśli dotarliście na tego bloga w poszukiwaniu nowego wpisu, to musicie wiedzieć, że 22.08.2016 roku przeniosłem się na nowy adres mediamoje.pl. Mimo wszystko pozostawiam tutaj całe archiwum moich dotychczasowych tekstów (choć znajdziecie je też na nowym blogu), jako swoistą pamiątkę tych pięknych 4 lat blogowania.

Z tego miejsca pozostaje mi tylko serdecznie zaprosić każdego z was na nowego bloga, w zupełnie innej szacie graficznej i z dodatkowymi kategoriami wpisów (dodałem m.in. rozkład transmisji piłkarskich w zagranicznych kanałach telewizyjnych, czy archiwalne ramówki Telewizji Polskiej). Będę zaszczycony jeśli nadal tak chętnie będzie odwiedzać bloga i czytać moje teksty.

Od teraz wchodźcie śmiało na:

mediamoje.pl

Autor bloga w Tygodniku ANGORA

lukeqbs

W najnowszym numerze Tygodnika ANGORA nr 35/2016 znajdziecie wywiad dziennikarki Haliny Retkowskiej z autorem bloga mediamoje.pl i mymedia.blox.pl socjologiem Jakubem Sadurskim.

Poniżej okładka tego numeru Angory:

Angora 35/2016

W wywiadzie poznacie kontrowersyjne reality show z całego świata, które przebijają m.in. "Ślub od pierwszego wejrzenia". Serdecznie zachęcam więc do zakupu tradycyjnej Angory lub jej wersji elektronicznej. Bo tam na 25 i 26 stronie znajdziecie ciekawą rozmowę ze mną, pod tytułem „Show musi trwać”.

Brak wiary w nowe programy?

lukeqbs

Poznaliśmy już cennik reklam na wrzesień w TVNie i w stacjach Telewizji Polskiej. Choć nadal czekamy na informacje na ten temat z Polsatu, ale już dotychczas dostępne dane od największych nadawców prowadzą do jednej konkluzji. Telewizje nie chcą ryzykować z dyktowaniem najwyższych kwot przy okazji najnowszych propozycji ramówkowych. W cenie są bowiem przede wszystkim programy znane i lubiane. Czy jest to jednak brak wiary w nowości?

Najdroższe pozycje w cenniku reklam TVP na wrzesień to wciąż niezwykle popularne seriale. Przy okazji „M jak miłość” półminutowa reklama może kosztować nawet 70,2 tysiąca złotych. Dalej mamy już „Barwy szczęścia” ze spotami za maksymalnie 48,2 tysiąca złotych, „Ranczo” (46,8 tys. zł.) i „Na dobre i na złe” (46,7 tysiąca). Ogólnie z serialami konkurować może tylko niedzielne wydanie „Wiadomości” (46 tysięcy, to ze względu na słabszą oglądalność, aż o 9 tysięcy taniej niż przed rokiem).

Wszystko wskazuje na to, że z nowości największe nadzieje telewizja publiczna pokłada w programie „Bake off – Ale ciacho”. To reklamę przy tym talent show wyceniono aż na 34 tysiące. Dla porównania, aby uzyskać taką kwotę należałoby zdecydować się na spoty przy obu następnych na liście nowościach TVP. Ponieważ 30 sekund przy okazji „Kochanie ratujmy nasze dzieci” i „Hit hit hurra” łącznie wynoszą 33,8 tysiąca zł (wszystkie kwoty w poście nie zawierają rabatów).

Jeśli chodzi o TVN to biorąc pod uwagę ceny reklam, najciekawszą nowością powinien być reality show z celebrytami „Azja Express”. Za najdroższy spot towarzyszący temu programowi należy zapłacić 49,4 tysiąca złotych. Trochę gorzej wypada serial „Na noże” (46 tysięcy) i kontrowersyjny „Ślub od pierwszego wejrzenia” (40,5 tysiąca). Pamiętajmy jednak, że są to kwoty niższe od tego ile reklamodawcy płacą przy okazji „Mam talent”, „Kuchennych rewolucjach”, „Masterchef”, czy „Faktów”.

Oczywiście nadal należy poczekać na cennik reklamowy Polsatu, ale nie spodziewałbym się sensacji i wyższej wyceny nowych programów w stosunku do tych już kiedyś emitowanych. Tak naprawdę jednak nie chodzi przecież o brak wiary w nowości, a kalkulację ryzyka, które reklamodawcy muszą ponieść w przypadku gdy dany show nie spodoba się widzom. Nowe programy dopiero pracują na swoją pozycję i kto wie czy po np. dwóch sezonach nie dołączą one do cennikowej elity.

Chcesz być w telewizji musisz schudnąć

lukeqbs

Powiem szczerze słyszałem już o wielu dziwnych decyzjach włodarzy stacji telewizyjnych. Jednak nawet zakaz komunikowania się z widzami w mediach społecznościowych lub wymuszenie przestrzegania przez dziennikarzy wymyślnego kodeksu ubioru, nie zbliżają się do tego co zaserwowała nam telewizja publiczna z Egiptu.

Oto ktoś z ERTU zorganizował spotkanie z ośmioma popularnymi prezenterkami i powiedział im wprost. Musicie schudnąć, bo jak nie to czeka was zwolnienie. Co więcej macie na to zaledwie miesiąc. Po tym czasie zobaczymy czy uzyskacie „stosowną aparycję” (oryginalny cytat). Przyznacie, że takie podejście jest kontrowersyjne, ale czy przy obecnie powszechnym kanonie piękna zaskakujące? Niestety nie.

Domyślam się skąd pomysł któregoś z dyrektorów. Pewnie ktoś stwierdził, że bardziej otyłe panie na antenie pogarszają oglądalność stacji. Potrzebne są chude prezenterki i chciałbym wierzyć, że nie było to zdanie jednej osoby, a wynik poszerzonych badań na grupie oddanych telewidzów. Bo w innym przypadku możemy mówić o wyjątkowej dyskryminacji.

Czy tusza może zaważyć na profesjonalizmie dziennikarki? Nie sądzę, a to jednak styl prowadzenia programu, trafność zadanych przez nią pytań, czy wiele innych czynników powinno być wyżej niż wygląd. Powinno, ale przynajmniej w Egipcie najwyraźniej nie jest.

Oczywiście nakaz schudnięcia prezenterek spotkał się z szybką reakcją organizacji broniącej praw kobiet. Pewnie chociażby dlatego, że nic nie wspomniano o diecie dla panów prezenterów, ale też ze względu na łamanie zasad konstytucji i zwyczajną przemoc psychiczną w stosunku do dziennikarek. Mam jednak nadzieję, że u nas nawet osoby nie podzielające poglądów feministycznych przyznają, iż takie postawienie sprawy przez jakąkolwiek stację telewizyjną jest czystym chamstwem.

Telewizja egipska broni się mówiąc, że na czas miesięcznej diety prezenterki otrzymywać będą pełne wynagrodzenie, tak jakby nadal pojawiały się na wizji. Nie wspominają jednak co dalej? Czy w przypadku nieudanej próby zrzucenia wagi możemy spodziewać się całkowitych zwolnień, czy może zdegradowaniu na niższe stanowiska? Najciekawsze jednak w tym wszystkim jest to, że głosy Internautów z Egiptu są podzielone. Może więc rzeczywiście to wygląd, a nie wkład merytoryczny powinien być w telewizji ważniejszy, a to ja się na tym nie znam?

Stacje telewizyjne obawiają się Facebooka

lukeqbs

Wprowadzenie w tym roku usługi Live przez portal społecznościowy Facebook nie przeszło bez echa. Możliwość prowadzenia transmisji przez zwykłych ludzi (tak aby zobaczyli ją ich znajomi lub cały świat) jest przecież wyjątkową funkcją pozwalającą walczyć z tak popularnym YouTubem. Mogłoby się więc wydawać, że Facebook Live spodoba się każdemu. Jednak ostatecznie problem z taką funkcją mają tradycyjne stacje telewizyjne.

Zdaniem The Wall Street Journal Facebook prowadzi obecnie ciężkie rozmowy z największymi nadawcami telewizyjnymi w USA. Na razie jednak wygląda to tak jakby obie strony okopały się na swoich stanowiskach. Owszem takie NBC prowadzi chociażby pojedyncze relacje z Igrzysk Olimpijskich przez Facebook Live, ale to wciąż tylko wejścia dziennikarzy, a nie regularne emisje znane z telewizora.

Jak nie wiadomo o co w danej sprawie chodzi, to chodzi oczywiście o pieniądze. Tak jest również tym razem, gdy jedną z kwestii spornych jest rozliczanie z reklam towarzyszącym takim transmisjom w portalu społecznościowym. Należy również pamiętać, że większość nadawców posiada przecież swoje strony Internetowe, w których pojawiają się ciekawe materiały, a niektórzy także własne wypożyczalnie VoD (również z reklamami). W obu przypadkach przekierowanie ruchu na Facebook nie jest przecież dla nich korzystne.

Poza tym jest jeszcze jeden kłopot w przypadku omawianej współpracy. Chodzi o zmiany w algorytmie Facebooka. Nadawcy boją się w tym przypadku tego, że zaangażują się w transmisje na portalu społecznościowym, a ich materiały nie będą wystarczająco dobrze widziane dla użytkowników Facebooka. Przez co w praktyce nie dość, że zwiększą wejścia serwisowi Marka Zuckerberga to sami w zamian zauważą zmniejszone zainteresowanie swoimi programami, które zgubią się gdzieś w newsfeedzie. Nie zapominajmy również o kwestiach licencji, ale tu rozumiem, że programy licencjonowane nie byłby po prostu transmitowane.

Oczywiście obecne problemy jeśli chodzi o współpracę na linii Facebook – stacje telewizyjne da się zapewne jakoś rozwiązać. Niech przykładem będzie YouTube, do którego również duży nadawcy na początku nie mogli się przekonać. Tradycyjna telewizja ma przecież spory problem ogólnie z widzami Internetowym i każdy dodatkowy kanał dystrybucji niedługo będzie im potrzebny by zachować swoją silną pozycję. Skoro w 2017 roku liczba użytkowników cyfrowego wideo ma wzrosnąć do 732,4 mln na całym świecie, z różnych usług VoD korzysta 2/3 światowych konsumentów, a Netflix wieszczy dość szybki koniec znanej nam telewizji, to nadawcy, a nie portal społecznościowy stają coraz bardziej pod ścianą.

Tablet od oseska

lukeqbs

Żyjemy w dziwnych czasach. W czasach gdy dzieci stają się gwiazdami portali społecznościowych jeszcze przed urodzeniem. Wszystko przez niesamowitą modę, która ogarnęła sporą część przyszłych rodziców (także tych z Polski). Chwalenie się ciążą i oczekiwanie na komentarze gratulacyjne od setek znajomych nie są już niczym nadzwyczajnym. Teraz wrzuca się już ogromną ilość zdjęć. W tym oczywiście te z USG.

Biorąc pod uwagę np. regulamin Facebooka, aby założyć konto na tym portalu należy mieć 13 lat. Nie trudno jest jednak by dzieci zawyżały sztucznie swoją datę urodzenia, tylko po to by w tej sieci zaistnieć. Tak naprawdę jednak często to rodzice robią wszystko by ich pociechy poznali przynajmniej ich znajomi, jeszcze wcześniej. Poza tym to przeważnie przez działanie takich rodzicieli dochodzi do sytuacji, w których dzieci są wychowywane przez nowoczesne urządzenia.

Taka cyberniańka to bardziej podejście w stylu masz tu ten tablet lub smartfonik, nie płacz i daj mi spokój. Podejście przykre, ale niestety coraz częściej stosowane. Warto spojrzeć np. na badania Mobile Instiutute, w których bez problemu zauważono korelację między rodzicami częściej korzystających z urządzeń mobilnych, a używaniu takiego sprzętu przez ich pociechy.

Dokładnie 80% dzieci takich nowoczesnych rodziców korzysta z urządzeń mobilnych. Natomiast w domach gdzie taki sprzęt nie jest na porządku dziennym sytuacja jest już zupełnie inna (22% dzieci tam gdzie rodzice nie korzystają z tabletów, czy smartfonów i 45% gdzie rodzice raczej z nich nie korzystają).

Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja gdy popatrzymy na wiek dzieci sięgających po urządzenia mobilne. Podobno 100% 8-latków korzysta już z takiego sprzętu. Dziecko poniżej drugiego roku życia z tabletem to też nic nadzwyczajnego (urządzenia mobilne bawią już 38% takich maluchów). Pamiętajmy również, że najważniejszą funkcją takich zabawek jest dostęp do Internetu (97% z urządzeń wręczanych dzieciom).

Najdziwniejsze jest jednak to, że rodzice zdają sobie sprawę z zagrożeń płynących z wręczaniu takich urządzeń dzieciom. Co z tego, że 81% badanych rodziców boi się uzależnienia, a 80% mówi o niewłaściwych treściach. Przecież i tak dają swoim pociechom dostęp do sprzętu dla świętego spokoju. Sytuację trochę ratuje to, że w omawianym badaniu pytano przez Internet zaledwie 714 rodziców. Może więc cała nadzieja na przyszłość w tych rodzicach, którzy nie odpowiadali na pytania badaczy i przedstawione wyżej wyniki to niepełny obraz polskich dzieci.

Hejtujesz? To możesz za to sporo zapłacić

lukeqbs

Każdy sposób walki z internetowym hejtem warto chwalić. Pisałem już któregoś razu o zakazach stadionowych dla krewskich kibiców wyrażających obraźliwe opinie na portalach społecznościowych. Natomiast tym razem pora przedstawić wyniki batalii sądowej jednego z australijskich hotelarzy, z wyjątkowo perfidnym Internautą.

Hejt to obecnie niewątpliwie ogromny problem w świecie wszędobylskiego Internetu. Przecież nie trudno kogoś obrazić będąc tym anonimowym w wirtualnym świecie. Jeśli nie obrazić, to chociaż oskarżyć o niestworzone rzeczy i w taki sposób dać upust swoim emocjom, albo nawet pozbyć się biznesowego rywala.

Opisywana sprawa wyszła zapewne właśnie z takiej rywalizacji. Biznesmen prowadzący dwa dobrze prosperujące pensjonaty został oskarżony przez innego użytkownika Facebooka o to, że w wynajmowanych przez niego pokojach odbywają się spotkanie pedofili. To jeszcze nic, bo zasugerowano, że właściciel pensjonatów ich wspiera w organizacji takich nielegalnych schadzek.

Reszta to już wyjątkowo przykra historia. Straty finansowe spowodowane takim wpisem sprawiły, że biznesmen musiał zamknąć swoje pensjonaty. To jednak nic bo w okolicy jego miejsca zamieszkania taka negatywna informacja bardzo szybko się rozeszła. Pan został więc dwukrotnie pobity, a pogróżki w stosunku do jego rodziny zmusiły go do przeprowadzki. Ogólnie mówiąc 74-letni mężczyzna musiał przejść przez piekło.

Oczywiście oskarżenie innego Internauty okazało się zwykłym hejtem. Niczemu niewinny człowiek podał więc hejtera do sądu, a sąd bez problemu przyznał biznesmenowi rację. Ostatecznie oskarżyciel musi wypłacić 150 tysięcy dolarów australijskich (około 440 tysięcy złotych) zadośćuczynienia. Całość jednak pokazuje jak spore mogą być konsekwencje kilku niepotrzebnych słów, nie popartych żadnymi dowodami.

Tylko czy taki wyrok sprawi, że możemy liczyć na większą wstrzemięźliwość hejterów? Nie sądzę. Większości i tak wszystkie komentarze uchodzą na sucho. Niektórym nie chce się ciągać po sądach Internautów, albo w ogóle ich opinie nie mają dla nich znaczenia (bo nie prowadzą do żadnych tragedii, czy strat). Jednak hejterzy powinni wiedzieć jedno. Nie są bezkarni, a ich anonimowość też jest często umowna. Dlatego po co psuć sobie życie przez głupie słowa, jak można być po prostu uczciwym i zatrzymać kontrowersyjne opinie dla siebie.

Każdy zapłaci za radio i telewizję?

lukeqbs

Czarny humor, dobry dowcip, a może zwykła plotka. Trudno powiedzieć jak ustosunkować się do informacji ujawnionych przez jeden z tabloidów na temat nowego pomysłu na ściąganie abonamentu radiowo-telewizyjnego.

Dotychczas mówiono o opłacie audiowizualnej ściąganej w różny sposób. Był pomysł by podatek na media publiczne dołączono do PITów, a później do rachunku za prąd (to skończyło się na problemach z dodatkiem do każdego licznika prądu). Niektórzy gdzieś tam nieśmiało wspominali o procencie od PKB (jak na Słowacji). Jeśli jednak nic z tego nie przyniosło dodatkowych pieniędzy dla radia i telewizji, które tracą słuchaczy i widzów, politycy kombinują nadal.

Trudno nie zgodzić się z tym, że obecny sposób ściągania abonamentu radiowo-telewizyjnego jest archaiczny i nieskuteczny. W tym nadal istniejącym systemie wszystko opiera się na potrzebie zgłaszania przez obywateli faktu posiadania odbiorników. Podobno jednak rządzący chcą całą tę sytuację odwrócić.

Zdaniem tabloidu z góry zostanie uznane, że każdy z nas ma telewizor i radio, czyli powinien uiszczać opłatę. Jeśli jednak twierdzimy, że to nieprawda będziemy musieli złożyć oświadczenie o nieposiadaniu takiego sprzętu. Trzeba będzie więc osobiście pofatygować się do placówki Poczty Polskiej i wypełnić specjalny druk (no chyba, że już teraz jesteśmy z abonamentu zwolnieni, albo mamy ulgi). W innym wypadku należy przygotować się na comiesięczne wpłaty na media publiczne (jeśli o tym nie będziemy wiedzieć to pewnie jeszcze się na nas rzuci komornik).

Oczywiście nie wiadomo w jaki sposób miałaby odbywać się kontrola potwierdzająca czy dany obywatel w swoim oświadczeniu mówi prawdę (może znowu chodzić będą listonosze?). Poza tym nie wiadomo czy to co pisze tabloid jest prawdą (przygotowująca tę ustawę posłanka Lichocka jest na urlopie i nie może potwierdzić, ani zaprzeczyć). Mimo wszystko takie postanowienie sprawy z obowiązkowymi oświadczeniami już nie podoba się prawnikom. Także oby to był jednak tylko kolejny wymysł jakiegoś dziennikarza, a nie smutna zbliżająca się do nas rzeczywistość.

Na sporcie się nie zarabia?

lukeqbs

Trwa właśnie najważniejsze sportowe wydarzenie. Igrzyska Olimpijskie w Rio i towarzyszące mu starty naszych reprezentantów rozgrzewają Internet, a rozmowy o najróżniejszych dyscyplinach stają się, przynajmniej przez te dwa tygodnie, ważną częścią życia wielu Polaków. Nie dziwi więc popularność transmisji telewizyjnych z tej imprezy. Problem w tym, że tak naprawdę pokazywanie Igrzysk Olimpijskich, przynajmniej Telewizji Polskiej, zupełnie się nie opłaca.

Letnie i zimowe Igrzyska Olimpijskie znajdują się od lat na liście najważniejszych wydarzeń sportowych, które muszą być pokazywane przez bezpłatne stacje telewizyjne w naszym kraju (listę taką tworzy Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji). Tak naprawdę więc wyboru nie ma. Czy to TVP, czy w przyszłości jakiś kanał komercyjny (według doniesień prawa do Igrzysk 2018-2024 kupiło Discovery, czyli w praktyce Eurosport, a nie Europejska Unia Nadawców, do których należy TVP), bez względu na rachunek ekonomiczny, będzie musiał udostępniać ważne wydarzenia z tej imprezy za darmo.

Według dostępnych informacji Telewizja Polska za prawa do Igrzysk w Soczi i w Rio, zapłaciła około 20 milionów euro. Dzieląc tę kwotę na pół wychodzi około 40 mln złotych za każdą z tych imprez (choć w praktyce wydaje się, że letnie IO musiały być warte trochę więcej). Według agencji mediowej MEC zarobki z reklam towarzyszących zawodom z Brazylii powinny wynieść około 20 mln złotych. Nie ma więc szans na to, że zainwestowane przez telewizję publiczną pieniądze się zwrócą.

Zresztą nie jest to nic nowego. Telewizja Polska była na minusie po Soczi, Mistrzostwach Świata w piłce nożnej z Brazylii, czy dopiero co zakończonego Euro 2016 (odkupienie od Polsatu licencji za około 40 mln złotych i zarobek z reklam na poziomie 21 mln zł). Zresztą na tej imprezie także i Polsat prawdopodobnie stracił, choć rachunek finansowy przynajmniej trochę poprawiły płatne dostępy do stacji Polsat Sport 2 i 3.

Wniosek nasuwający się po analizie dostępnych danych jest jeden. W związku z coraz droższymi prawami do transmisji sportowych, pokazywanie dużych imprez na otwartych antenach z góry spisane jest na stratę finansową. Jednak przecież mówimy o telewizji publicznej, która ma misję i której zarówno oglądalność, jak i zarobki z reklam nie powinny interesować. Tyle, że dopóki nie będzie opłaty audiowizualnej (albo dokładnie ściąganego abonamentu), TVP za każdym razem będzie narażona na dokładanie do sportu. Choć być może dzięki Rio Telewizja Polska zyska coś innego, poprawę ogólnego wizerunku nadawcy.

Roboty zamiast dziennikarzy

lukeqbs

Jak wiemy we współczesnym świecie liczy się przede wszystkim czas reakcji. To już nie chodzi o Internautów, którzy prześcigają się w napisaniu komentarza pod artykułem i chwaleniu się z bycia pierwszym. Szybka informacja w mediach społecznościowych może przecież dostarczyć jakiejś firmie więcej lików od konkurencji i więcej ruchu na ich stronie Internetowej. Teraz gdy trwają Igrzyska Olimpijskie Rio 2016 najszybszy ze wszystkich chce być The Washington Post.

Najświeższe newsy z rezultatami zawodów i zaktualizowaną klasyfikacją medalową nie publikuje dla Washington Post żaden z ich dziennikarzy. Zajmuje się tym robot, a dokładniej WPOlympicBot. Zaprogramowana sztuczna inteligencja składa więc zdania, dodaje hashtagi i w zasadzie równo z końcem jakiś zawodów przesyła gotowe wpisy na media społecznościowe (w tym Twitter), ale też na strony Internetowe dziennika.

Swoją drogą ciekawe, że tak nowoczesną techniką zajmuje się najstarsza i zarazem największa gazeta codzienna w Waszyngtonie, choć na pewno duży wpływ na to miała sprzedaż tego tytułu twórcy Amazona, który już na różnych nowinkach zna się lepiej od rodziny zakładającej całe Washington Post.

Wróćmy jednak do Heliografa (bo tak nazywa się całe oprogramowanie stworzone przez inżynierów), który przy dobrym rozwoju mógłby nawet zastąpić w przyszłości dziennikarzy. Jeśli bowiem sztuczna inteligencja potrafiłaby pisać kilkadziesiąt tekstów w kilka minut i to tekstów logicznych (najlepiej w więcej niż jednym języku naraz), nie będących zbiorem przypadkowo złączonych słów, to pozycja tradycyjnego człowieka w świecie mediów będzie zagrożona.

Na razie szef całego projektu tłumaczy, że opinie o zastąpieniu dziennikarzy przez roboty są zbyt wczesne. Żurnaliści mają nie być zagrożeni, bo media potrzebować będą zarówno ich, jak i sztuczną inteligencję. Jednak nie sposób nie zwrócić uwagi na dane o około 20% artykułów, które już w 2018 roku mają być tworzone tylko przez boty.

Przecież w dłuższej perspektywie możemy mówić o udoskonalaniu technologii, a skoro robotom nie trzeba będzie tyle płacić, a pracować będą one za co najmniej kilku dziennikarzy, to przy kryzysie na rynku prasowym trudno będzie wielkim firmom nie skorzystać z takiej okazji. No chyba, że ktoś próbuje nam wmówić, że etatów nie będzie mniej, bo zamiast dziennikarzy pracę otrzymają informatycy nadzorujący pracę botów i reagujący na problemy z nimi związane.

© Moje media
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci